19.07.2012

18,19,20

18
- Nie wierz jak ci powiedzą, że miłość istnieje. Miłości nie ma, to bajki. Albo może jest, ale nie dla człowieka. Nigdy jej nie dostaniesz. Nie łudź się. Mówię ci to teraz, kiedy jeszcze całe życie przed tobą, żebyś nie czekał. Nie czekaj na żadne zbawienie. Tylko gówno – mówi Cień.
- O czym ty w ogóle do mnie mówisz? – dziwię się. Siedzę gapiąc się tępo przed siebie.
- Mówię ci, proszę cię, uwierz. Nie czekaj na nią. Ona nie przyjdzie. Jak te wyrodne matki, co zostawiają noworodki na śmietnikach. One nie wracają. Ona już nie przyjdzie.
- Co ty gadasz. Kto nie przyjdzie? Jak nie przyjdzie?
- Miłość nie przyjdzie, bo nie przychodzi coś, czego nie możesz dostać. Szczęście? Daruj sobie. Szczęśliwy. Co to znaczy, że mam być szczęśliwy? Mam się cieszyć, bo mam jeszcze nogi i ręce, bo mam co jeść i dach nad głową, bo mam się w co ubrać i w ogóle. Nie, nie jestem szczęśliwy. Oddałbym wszystko za chwilę… szczęścia, kiedy mógłbym kochać naprawdę, nie tylko słowami i bezsensownym pierdzeniem, ale tak, jak tego sobie człowiek nie wyobraża. Wszystko. Oddałbym wszystko. Ale tak, żebym spojrzał w te oczy i wiedział. I poczuł to. A później już mógłbym umrzeć.
Siedzimy w milczeniu dłuższą chwilę. Słońce chyliło się już ku zachodowi. W myślach snułem teorię, że Cień wyrażał tym zgorzknieniem tęsknotę za piersiami. Tak, to zdecydowanie musiały być jędrne piersi. Niebo zrobiło się czerwone.
- Może się zabiję - mówi Cień. Całkiem spokojnie, bez emocji. Tak codziennie, jakby kupował gazetę w kiosku.
- Bredzisz - skwitowałem. Zrobiło się poważniej, choć słowa w ustach Cienia nie brzmiały prawdopodobnie.
- Mówię poważnie. Zabiję się – pewnie i twardo potwierdził. Znów zapanowało milczenie. Śmierć? Czym ma być śmierć dla człowieka, który ma przed sobą całe życie? - Pomógłbyś mi?
- Chyba oszalałeś – wypaliłem bez zastanowienia. Ale mówiły to uczucia. Ja, suchy, oschły, pragmatyczny ja - zrobiłbym to. Pomógłbym mu. Miałbym udawać, że nie znam takich myśli?
- Jesteś moim przyjacielem i jesteś dla mnie najważniejszy, czy się to komu podoba czy nie. No wiesz, mógłbyś zapewnić mi to, że plan się powiedzie. I może chciałbym cię po prostu mieć przy sobie. Tylko względem ciebie miałbym wyrzuty sumienia i naprawdę chciałbym cię mieć przy sobie – Cień nadal mówił spokojnie, jakby wszystko to było zupełnie normalną rzeczą.
- Ja nie przyłożę do tego palca, a ty nie zrobisz tego beze mnie. I powiedz jeszcze jedno słowo tak pewnym tonem, to nie będziesz się musiał zabijać.
Ale Cień kontynuował:
- Już nie cenię życia. Prawie nic mi ono nie dało. Kiedy budzisz się rano… i zastanawiasz się, co zrobić, i po co robić cokolwiek… kiedy się budzisz i myślisz: po chuj ja w ogóle wstałem, po jaką kurwę nędzę w ogóle się obudziłem… i cały jebany w dupę dzień myślisz o tym, czy masz jakiś cel, czy warto jest co dzień robić z siebie szmatę, czy warto zapierdalać dla zasady, poddawać się ograniczeniom w imię bezzasadnych haseł… jeśliby chociaż było po co wstawać! Nie, nie. Przyszpilili nas już przy porodzie. Napisali na czołach co i jak ma być. A my nie dostaniemy za to nic. Chyba, że gówno. Bo na nic już nie czekamy. Nie ma miłości, wielkiej odpowiedzi na ludzkie problemy. Nie. Za to mamy zwykłe ludzkie gówno, i nie ma na co czekać, i nie ma co się łudzić. Nie, to już koniec. Wiedziałem, że tak zareagujesz. Ale może to koniec, możesz być ze mną, albo iść. A nie pójdziesz, bo jeszcze przez chwilę nie będziesz chciał być sam.

19
- Myślisz, że Bóg jest czuły, miłosierny, litościwy? - pytam.
- Trudno powiedzieć. Chciałbym, żeby tak było. Za dużo niewiadomych w naszym życiu, żeby być dla nas po tym wszystkim okrutnikiem. Chce mieć prawo nas męczyć, to niech wyłoży karty na stół i pokaże co jak wygląda, co jak działa.
- Jasne. Trudno się z tym nie zgodzić. Tak musiałoby być, gdyby to oceniać pod kątem życiowej sprawiedliwości. Ale czy to stoi na przeszkodzie, żeby wszechmocny byt był czasem nielitościwy? Może nie ciągle, może jest dobry, ale czasem się zezłości? Ma się nie złościć, bo zabrania tego kontekst życiowej sprawiedliwości? Nie...
- Cóż...
- Pamiętasz, kiedy chodziliśmy do szkoły, jeszcze jako dzieci. Często zdarzało się, że uważaliśmy nauczyciela za męczącego. Wydawało się nam, że nas maltretuje, wyżywa się, uczy rzeczy niepotrzebnych. Natomiast dziś, z perspektywy czasu i lat doświadczeń, musimy stwierdzić, że nauczyciel miał rację próbując wpoić nam na siłę wiedzę. Dziś z tej wiedzy korzystamy.
- Rozumiem, chcesz powiedzieć, że tak samo możemy czuć się względem Boga. To znaczy, że może wydawać się czasem niemiłosierny, nieczuły, natomiast my nie będziemy tego potrafili z naszej perspektywy ocenić prawidłowo. A może być tak, że to po prostu lepsze...
- Mniej więcej. Może być tak. A może być także tak, że to po prostu złość na złe stworzenie. Ile razy nauczyciel denerwował się na krnąbrne dzieci? I nic to z wiedzą nie miało wspólnego. Więc... Dlaczego niby Bóg miałby być miłosierny. I wiesz co jeszcze?
- Tak?
- Tak sobie myślę. Gdyby ja był nauczycielem. Chciałbym dzieci nauczyć. Ale może byłbym chujem. Twardym i ostrym. Nieczułym bogiem.

20
Kim są nasi przyjaciele i po co ich mamy? Nie jest dobrze żyć bez przyjaciół. A jednak... przekonują nas oni ciągle o tym, że wiara w idealną przyjaźń to głupota.
Czym kierujemy się w przyjaźni? Samym sobą. Wcale nie dobrem drugiego człowieka. Ktoś jest naszym przyjacielem, bo jest nam potrzebny. Otaczamy się ludźmi tylko dlatego, bo sami – my – ja – ich potrzebujemy. Naszym motorem napędowym jest egoizm. 
Pomagamy, bo wtedy sami czujemy się lepiej. Pomagamy, licząc na to, że gdy znajdziemy się w potrzebie, ktoś pomoże i nam. Bezinteresowność? Gdzie w przyjaźni jest bezinteresowność?
To tylko dążenie, nieosiągalny cel. marzenie. Ja nie chcę, żeby ktoś nazywał mnie przyjacielem tylko dlatego, bo jestem potrzebny. Potrzebują mnie obcy ludzie w pracy, potrzebują mnie biedacy, którzy żebrzą, ale przyjaciel? Oprócz tego, trzeba czegoś więcej. Chyba trzeba chcieć. Oprócz potrzeby zaufania, przebywania, rozmowy, wiary, pomocy, trzeba po prostu chcieć zaufania, przebywania, rozmowy, wiary, pomocy. Nie wiem.
Cień mówi do mnie:
- Rozmawiałem z koleżanką. Wiesz, dawno nie gadaliśmy i opowiadała mi o swoich znajomych. Zapytałem ją, czy ma przyjaciół... - w tym momencie spojrzał na mnie wymownie. Patrzę również na niego, a na mojej twarzy pojawia się delikatny uśmiech. Już wiem co będzie dalej. - Odpowiedziała, że oczywiście ma, i że to są najlepsi przyjaciele, na których zawsze może liczyć. Wyśmiałem ją... i opowiedziałem o moich przyjaciołach. I o tobie, jaki jesteś i ile znaczysz w moim życiu. Gdy powiedziałem jej, jak wygląda nasza rozmowa, w jakich sytuacjach mogę na ciebie liczyć, jak bardzo jesteś ważny, to stwierdziła... że chyba jednak ona nie ma przyjaciół.

15.05.2012

15,16,17


15
(...)

16

To niesamowite, ile rzeczy robimy dla zabicia czasu. Szukamy hobby dla zabicia czasu. Zabijanie czasu mogłoby być hobby.
Są rzeczy, które musimy robić. Jedzenie, sranie, rozmowa, porządki, posuwanie się. Od najbardziej niezbędnych do głupich, wymyślonych. Ale musimy je robić. Przymus jest tu dziwnym słowem. Zyskuje pełnię sensu. Trzeba robić niektóre rzeczy, bo inaczej się przegrywa. Trzeba się uczyć, iść do pracy, do kościoła, trzeba się żenić, zarabiać. Kto nie pracuje, ten nie je. Sami wzajemnie się przymuszamy. Kto w to nie gra, ten przegrał. Nie istnieje. Nie tutaj, nie dla tych ludzi. Są więc to rzeczy, które nazwać można obowiązkami.
Są też takie, które robimy dla zabicia czasu. Byłoby po prostu bardzo nudno, gdyby wiecznie nie robić nic. Robimy mnóstwo rzeczy, bo sprawiają nam przyjemność. Jest ciekawie. Wypełniają czas. I ciągle ktoś gdzieś pyta: „Ale po co?”. Ale po co? Zrezygnowanie.


17

Mam dziewiętnaście lat i nie opuszcza mnie myśl o śmierci. Wydaje mi się, że najgorszy etap dojrzewania mam już za sobą, więc nie jestem pewny, czy to normalne. Do tej myśli jednak się już przyzwyczaiłem. Samobójstwo. To nie jest moje marzenie. Ale jakoś tak... rozumiem to. Nie planuję się zabić. Ale śmierć chodzi za mną. Czeka na rogu każdej ulicy, gdzie mogę zostać pobity, przejechany, zastrzelony.
Monotonia śmierci to okropna rzecz. Ona po prostu jest. Nie zmienia się i czeka. Fascynat może wyróżniać utopienie się, zawał, samobójstwo, morderstwo, raka, starość i wiele innych. Ale ona po prostu jest, śmierć to śmierć – różni się tylko proces umierania.
Być, a po chwili nie być. Niesamowite. Być – wydaje się wtedy znaczyć dużo więcej. Oczywiście – najbardziej pociągający w śmierci jest oczekiwany spokój. Jesteś, a za chwilę nie jesteś. Odpoczywasz. Spokój, bezmyśl. Najbardziej fascynująca jest natomiast tajemnica. Niepewność. To rodzi nutę strachu.
Nie wiem, czy boję się śmierci. Gdybym miał po co żyć, nie miałbym po co umierać. Może dlatego się umiera, bo nie ma tu po co żyć.
Myśl o śmierci jest moją częstą towarzyszką. Rzadko wyobrażam sobie swoje samobójstwo. Częściej myślę o niej, kiedy wsiadam do samochodu.
Gdy coś robię, przychodzi mi na myśl, że być może robię to ostatni raz. Ostatni raz gotuję spaghetti, ostatni raz jadę nad morze, ostatni raz widzę się z kimś, ostatni raz uprawiam seks, ostatni raz idę do kościoła. To nie jest strach. To myśl, żeby wszystko, co robię, było najpiękniejsze. Dlatego szukam rzeczy wartościowych. Dlatego szukam prawdziwych przyjaźni, prawdziwego kochania, prawdziwego zaufania, prawdziwego szczęścia, a to co robię – to przymus. A co z tego mogę osiągnąć?
Nie można być zadowolonym z gówna, nawet jeśli jest ono pięknie zapakowane i wygląda jak batonik. Nawet jeśli prawdziwy batonik jest nieosiągalny. Ludzie nie rozumieją, jak można nie przejmować się większością spraw, a walczyć tylko o te wielkie, wieczne. Za bardzo kochają życie. I ja często o tym zapominam. Lecz gdy o tym pamiętam, wszyscy dziwią się, że liczy się tylko miłość, przyjaźń, zaufanie, wiara. Reszta jest osiągalna, ale nieważna.  

05.05.2012

13,14


13

Stoimy na tym moście, nieopodal samotnego drzewa. Któryś dzień. Jest słonecznie i ciepło.
- Byłem tu kiedyś z jedną, wiesz – mówi do mnie Cień. - Całowaliśmy się i włożyłem jej rękę do majtek, jedyny raz. Ale przeszkodził nam jakiś koleś, który przechodził...
Śmieję się.
- Dobrze ci tak – mówię i uśmiecham się. - A co się będziesz... Tak publicznie...
- Ty. Dlaczego ty zawsze tak mało opowiadasz? - Cień nagle zmienia temat. - Niewiele historii z twojego życia mógłbym przytoczyć... to znaczy tych, zanim się poznaliśmy, tych wcześniejszych. Jestem ciekaw... powiedz coś. Jakieś szczegóły.
Patrzę na bieg strumyka. Mimo brudu w wodzie odbijała się łąka, niebo i nasze twarze, poruszane delikatnym prądem. Rzeczywiście, nie opowiadałem chyba zbyt dużo, w przeciwieństwie do Cienia. Różnica między nami była taka, że on lubił gadać, a ja nie. Przyczyna więc była prozaiczna – po prostu nie chciało mi się odzywać.
- Mówiłem ci już, że czasem chciałbym, żebyś siedział w mojej głowie. Mógłbyś sobie pooglądać co i jak. Znałbyś te myśli, które teraz muszę wypowiadać na głos, chociaż i tak połowę myśli znasz bez tego – mówię mu. To prawda. Tak, to rozwiązałoby problem – nie musiałbym gadać.
- Jasne – Cień śmieje się. - Faktycznie, czasem odgaduję co tam też masz na myśli.   


14

Miewamy przyjaciół. Spacer w górach. Las wydaje się w słońcu pachnieć jeszcze bardziej. Zieleń trawy razi w oczy.
Jestem pod wrażeniem, gdy widzę każdy jeden kamień obrośnięty mchem. Pod każdym większym wyrasta trawa, cienka jak pajęczyna, zielona jak bajkowe żaby.
Miewamy przyjaciół, więc jest z nami Katarzyna, dziewczyna, niegłupia, młoda, zgrabna. Powiedziała w drodze:
- Ale jesteście. Jak bracia – ton jej był pełen podziwu. - Kłóciliście się kiedyś w ogóle?
Śmiejemy się. Ciekawie jest słyszeć coś takiego. Takie słowa wyznaczają mur, nasze bezpieczne terytorium, którym wszyscy się zachwycają.
- Nie przypominam sobie – mówi Cień. - Ale raz mnie bardzo zdenerwował. Bracia też się kłócą – pokazuje na mnie.
- Kiedy? - pytam go. Nie wiem o co chodzi, muszę zaspokoić ciekawość. Nie przypominałem sobie żadnej kłótni.
- Wiesz... Kiedy powiedziałeś o tym, że się boisz. Że jesteś nieważny. I jeszcze, że się wszystko zepsuje. To całe twoje pierdolenie – Cień wyłożył sprawę. Krótko. Zwięźle. Dosadnie.
- O co dokładnie chodziło? I co, on nie wierzy, że jest ważny? - pyta zdziwiona Katarzyna i wskazuje mnie.
- Powiedział, że czuje się jak drugi plan. Takie tło w życiu.
- Chodziło o to, że ważniejsze rzeczy dopiero przyjdą, a wtedy... - próbuję wyjaśnić, ale sam się zaciąłem. - A wtedy na tym takim twoim życiowym obrazie będziesz ty, coś, a ja gdzieś tam, w tle. Dalej jestem tego zdania. To naturalna kolej rzeczy. 
- ... przestań pierdolić – mówi do mnie Cień wyraźnie poirytowany.
- Zobaczysz.
- Pewne rzeczy się nie zmieniają. Jak są ważne osoby w moim życiu, to zawsze są ważne. Nie ma żadnego tła. To ty się tego kiedyś nauczysz, że ludzi się nie ustawia. Nie ma tła. Jak coś jest ważne, to jest ważne i tyle. Kurwa mać – skwitował Cień. - Nie rozmawiajmy już o tym.
Chwilę szliśmy w milczeniu.
- Ale ta trawa jest zielona – powiedziała dla rozluźnienia Katarzyna.

24.04.2012

11,12


11

Pamiętam, jak chadzałem ulicami miasta sam. Byłem do tego przyzwyczajony. Ludzie mówili, że zawsze chodzę sam. Nawet najbliżsi się ze mnie śmiali. Ale to nie był wybór. Gdybym mógł to sam podzielić, oddałbym połowę samotności na rzecz przebywania z kimś. Pozostałą połową podzieliłbym się czasem z Bogiem i ze sobą.
Czemu tego nie robiłem? Ze strachu. Mój czas zostałby zaprzepaszczony, o czym zawsze się przekonywałem, kiedy ludzie i tak odchodzili. Ilekroć oddawałem część samotności na rzecz kogoś, to i tak szybko ode mnie odchodzono.
Staję przed witryną sklepową. Za mną tłumy, ludzie obijają się o mnie, ich kurtki i płaszcze co chwila przyczepiają się do mnie. Widzę w szybie ich odbicia. Nie było nigdzie żadnego Cienia.
Widzę chodzące pustaki. Tępe blondyny, ufarbowane włosy i solarium. Ich różowe kolczyki, małe pieski i zgrabne torebki. Wytapetowaną twarz (tapety wystarczyłoby na remont mieszkania), spojrzenie, które zawsze wyrażało pewność piękna. Szacunek. Każda jest przecież tak bardzo wyjątkowa. Gdyby tylko choć jedna porzuciła takie przekonanie, byłaby wyjątkowa.
Próbuję powstrzymać się od uczucia pogardy. Ale nie potrafię. To jest silniejsze ode mnie. Wyrażam szacunek, gdy ktoś pyta mnie o zdanie na ich temat – szacunek przynależny każdemu człowiekowi, wypływający z faktu istnienia – a jednak w głębi siebie czuję pogardę, która wcale tego szacunku nie wyklucza.
Widzę w szybie samców. Chodzą za kobietami. Są tacy męscy. Tak myślą. Samce, którzy są niezależni, silni, wysportowani, piją wódkę, gadają o męskich rzeczach, każdy z nich jest przodownikiem stada, każdy z nich jest najlepszy. Samce, które rywalizują. Widzę idiotyczne przekonanie o własnej sile i o tym, że takie podejście ma jakieś znaczenie. Jasne, ma. W ich konkursie, w ich rywalizacji. Śmieszne. Widzę samców, którzy później ulegają niewieście, ona ciągnie ich za uszy jak jej się podoba. Oni mówią wtedy o miłości. Mają ją w spodniach, a nie w sercu i głowie, ale nigdy w to nie uwierzą. Celem prawdziwego samca jest stać się pantoflarzem. Porażka. Chociaż to oczywiste uogólnienie.
Stoję przed głupią sklepową witryną i myślę o tym, że się w tym nie odnajduję. Nie nadaję się do tego świata, nie jestem stąd. Szlag mnie trafia, to nie mój system. Czy to bunt? Czy to trudny wiek? Nie widzę tego. Nie buntuję się. Nic nie robię. Nie mam ochoty w tym działać.
Totalitaryzm społeczny. Od urodzenia wiadomo co i jak się potoczy. Różnimy się szczegółami, które dają nam złudzenie, że nasze życie jest tak bardzo inne. Wyjątkowe. Totalitaryzm społeczny to okropna rzecz. Religia, szkoła, zawód, praca. Poglądy, księża, geje, liberałowie, komuniści, konserwatyści.
Stoi człowiek pośród tego całego gówna i od momentu narodzin jest ostrzeliwany, naznaczany. Propaganda zachowań. Takim działaniem pokonaliśmy Boga – odważyliśmy się zrobić coś, czego on nie chciał.

- Bóg nie odebrał ludziom wolności, ale ludzie sami wzajemnie ją sobie odbierają – zwróciłem się do Cienia. Znów na tym moście, nieopodal tego samotnego drzewa.
Nic mi na to nie powiedział.

12

Idziemy ze ślepcem. Trzymam go za ramię i prowadzę. Niedługa była droga do wyjścia z lasu. Przez cały czas milczeliśmy. Zrobiło się całkiem ciemno. Leśna ścieżka zamieniła się w brukowaną, a obok wyrosło małe osiedle jednorodzinnych domków. Drogę oświetliły latarnie.
Niespodziewanie niewidomy zatrzymał się i skulił. Chwycił się w okolice serca. Po chwili przyklęknął na jedno kolano.
Szybko objąłem go przez plecy w obawie, że się przewróci. Cień zdążył zajść kilka metrów przed nas. Odwrócił się, gdy zauważył, że nie ma nas obok. Zawołał:
- W porządku?
Ślepiec odkrzyknął:
- Tak! To tylko sznurówka...
Moje niedowierzanie trwało ułamku sekund. Myślałem, że ślepiec dostał zawału, a on krzyczy, że to sznurówka. Nie zaczął jednak wiązać buta, a przysunął swoją głowę do mnie. Patrzę na niego i zastanawiam się, o co chodzi. Nie zdążyłem się odezwać, a on powiedział szeptem:
- Kochasz?
Nie wiem o co chodzi. Co to za człowiek? O co pyta? Zobaczyłem w ślepcu kogoś zupełnie innego. Więc puszczam hamulce.
- Tak – mówię głośno. - I co z tego. A ty co? - i ja odpowiadam dziwnie, gdy dzieje się coś dziwnego.
- Nie, nie. Nie o to chodzi. Kochasz. A dziś nikt nikogo nie kocha. Zrób coś z tym. Idź, nie obawiaj się, zrób z tym coś wielkiego, przynajmniej w twoim życiu – ciągle szepcze. Jego głos drży. On się boi, kiedy to mówi.
Nagle złapał mnie za głowę, pociągnął za włosy.
- Zróbcie coś z tym! Coś wielkiego! - krzyczy i potrząsa moją głową. Wyrwałem się szybko, ledwo powstrzymuję się od uderzenia tego człowieka. Patrzę na niego z niedowierzaniem. Czuję rosnącą złość i niemoc. Przez kilka sekund obserwuję czujnie niewidomego. Agresja wzmaga się we mnie, choć staram się ją powstrzymać. Mam ochotę go złapać za szyję i zmasakrować mu głowę.
- Kim ty jesteś? - pytam. Odpowiedzi nie doczekałem.
Cień podszedł bliżej, kiedy ślepiec krzyknął.
- Co jest? O co chodzi? - zapytał. Spojrzałem na niego wymownie, później znów na ślepca.
Ten z kieszeni wyciągnął kawałek papieru.
- Dam ci coś – powiedział do mnie spokojnie. Złapał mnie za rękę i włożył w dłoń ten papierek, niczym dziadek, który dzieli wnuki cukierkami. Podniósł się, po czym dodał: - Chodźmy. Albo nie... tutaj was zostawię. Dziękuję panowie, chciałem tylko wyjść z tego lasu...
Patrzę na Cienia. Nie wiem, jak mam się teraz zachować. Z poruszenia tą dziwną sytuacją nie potrafię się odezwać. Zacisnąłem mocno pięść razem ze śmieciem, który włożył mi w nią ślepiec.
- Na pewno da pan sobie radę? - zapytał Cień po chwili, jakby zupełnie nie dostrzegł ani nie słyszał wcześniejszej sceny.
- Ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił, ale dam sobie radę, nie będę robił kłopotu. Dziękuję – opowiedział ślepiec. - No, idźcie już. Dziękuję – dodał, kiedy nie ruszyliśmy się.
- Chodź, idziemy – powiedziałem do Cienia zdecydowanie. Ruszyłem do przodu. Nie pożegnałem się z tym podejrzanym typem. Może po prostu mu odwala, pomyślałem. Znów ja musiałem trafić na takiego.
- No dobrze... - powiedział Cień i ruszył za mną. Zostawiliśmy ślepca daleko w tyle.

21.04.2012

8,9,10

8

Wieczór. Kawałek księżyca wystaje spoza ciemnych chmur. Widać tylko kilka gwiazd. Łąka. Ciemność. Idziemy. Delikatny zefir wprawia w poruszenie trawy. Słychać szum niedalekiego lasu i szelesty robaków.
Czuję spokój. Chwilę oddechu zawsze spotykam z dala od innych, a blisko natury. Nikt nie narusza mojej przestrzeni, wydaje się ona być nieskończona. Gdybym umarł w takiej chwili powiedziałbym, że umarłem zadowolony.
Idziemy. Nasza słowa rozmywają się w dźwiękach zieleni.
- Wiesz co? Znajdziemy go – mówię do Cienia. - Znajdziemy, będziemy bliżej niego niż ktokolwiek wcześniej. Znajdziemy i poznamy. Jeśli wtedy na coś się zdecydujemy, to będzie to dopiero wiążąca decyzja. Teraz jest niesprawiedliwie, kiedy go nie znamy, a każe nam wybierać.
- Kogo? - pyta Cień.
- No... Boga. Bo może byliśmy kiedyś blisko niego, ale nie mogliśmy go poznać.
- Nie uda nam się. Jeśli on jest, to sam zdecydował, ile z siebie okaże ludziom. Zresztą wiesz, że trzeba by najpierw to wszystko przemyśleć. Czy wiara to nie kwestia strachu. Czy nie jesteśmy zmuszani...
- Przestań. Być może. Ale właśnie o to chodzi, żeby się o tym przekonać. Ciągle zmieniasz zdanie, więc teraz pewnie też zmienisz. Ja nie twierdzę, że się uda, ale że warto spróbować – mówię mu. Wiem, że podejmie takie wyzwanie. Wiem, że bardzo go to interesuje i że był podobnie blisko niego, jak ja. - Jeśli mam być szczery, to mi też się nie chce. Gdyby mi się chciało, to już dawno coś bym z tym zrobił. Ludzie odchodzą od Boga dla wygody i z lenistwa, ale jeśli dobrze przewiduję, to jest to jedna z niewielu istotnych rzeczy, którymi warto się w życiu zająć... - przekonuję go. On dobrze o tym wie.
- Jasne. Spróbujemy go znaleźć.

9

Miewamy przyjaciół. Jeden z nich, Bartłomiej, spotyka nas bardzo rzadko. Pewnego razu, zupełnie niespodziewanie, powiedział do mnie:
- Nie jesteś szczęśliwy – a jego głos był pewny. Wiedział, że jest daleko od wszystkiego, ale stwierdzał tak poważną rzecz. - Męczysz się. To widać.
- Nie wiem – odpowiedziałem mu. - Nie wiem. A w szczęście nie wierzę.
- Może najwyższy czas coś z tym zrobić? Najwyższa pora się z kilkoma rzeczami pogodzić?
- Nie w tym problem. Może właśnie pogodziłem się ze wszystkim.
Jest cienka nić nadziei, że zrozumie. Bartłomiej stara się żyć po bożemu. Męczył się z kobietą przez długi czas, a kiedy ona odwzajemniła mu jego miłość, stał się szczęśliwy. Teraz poświęca jej wszystko. Dla niej zmienił siebie. Mówi, że ją kocha. Jest blisko Boga.
Osiągnął szczyt normalności w każdym aspekcie życia, począwszy od społecznego, a skończywszy na wewnętrznym. Jego problemy są tak pięknie normalne. Jego życie jest tak niesamowicie zaplanowane, rozpisane... normalne. A tu oznacza to, że wpisuje się w obraz współczesnego człowieka. Ale ma cele. Mówi, że ona jest dla niego najważniejsza.
Pamiętam, że raz tylko naprawdę chciałem od niego pomocy. Mogę do niego przyjść, jeśli potrzebuję. Spojrzałem wtedy na niego, a on patrzył na mnie twardo i bezwzględnie.
- Zrób coś z tym. Z tym wszystkim. Zabierz mnie stąd – powiedziałem.
- Nic ci na to wszystko nie poradzę – odwarknął. - Nic ci na to nie poradzę.

10

Mamy znaleźć Boga. Musimy pomyśleć od czego zacząć. Jakby tu jeszcze zarobić i spełnić swoje marzenia. Dalej spacer. Dalej wieczór. Z łąki zaszliśmy do lasu. Wciągam do nosa zapach wilgotnej trawy i żywicy. Uwielbiam to.
- To co? - mówi do mnie. - Jedziemy do Jerozolimy, czy jak? - pyta i śmieje się.
- Oczywiście. Możesz też do papieża, do Dalajlamy, albo gdzie tam jeszcze wymyślisz – uśmiecham się. - Na początek chyba właśnie trzeba zapomnieć to wszystko, co nam wbito do głowy. Nawet sobie nie zdajemy z tego sprawy, jak bardzo kierujemy się w ocenach tym, co ktoś nam przekazał.
- No cóż. Trudno nam to będzie obiektywnie ocenić.
- Racja. Ale bez tego nie zaczniemy. Z tym, że to co odkryjemy będzie subiektywne, trzeba się chyba pogodzić – mówię mu. Patrzy raz na mnie, raz na drogę.
- Odważny krok jak na początek. Zlikwidować światopogląd?
- Nie do końca. Zlikwidować czynnik ludzki, zewnętrzny, naznaczony błędem i subiektywizmem. Zostanie tylko nasza opinia, też subiektywna, ale w najgorszym wypadku będziemy mogli się cieszyć, że jest właśnie nasza, niczyja inna. Zresztą, lubisz zmieniać zdanie, gdy czegoś doświadczasz, więc pozbawienie wpływów innych na twoje postrzeganie nie powinno być problemem.
- Jasne. Jakaś impreza ma być. Pójdziemy, co? - zmienił temat.
- W porządku, czemu by nie?
Leśna ścieżka wydawała się nie mieć końca. Dostrzegliśmy jednak w oddali światła miasta. Przyśpieszamy kroku, bo robi się chłodniej. Wsłuchuję się w dźwięki lasu. Światło odbite od księżyca zaczyna być niezbędne.
Niespodziewanie od strony widocznego już miasta zobaczyliśmy zarys postaci. Szła bardzo powoli. Ktoś jeszcze wybrał się po prostu na spacer – pomyślałem.
- Widzisz go? - zapytałem Cienia.
- Tak. Czemu idzie tak dziwnie?
- Nie wiem...
Spokojnie zbliżaliśmy się do postaci. Spostrzegłem, że ma laskę. Był to ślepiec, którego spotkałem już dwa razy. Miał na sobie słomiany kapelusz i dziwną, flanelową koszulę. Szedł powoli, a jego laska badała całą powierzchnię nierównej ścieżki, co chwila obijając się od jakichś krzaków i kamieni.
- On jest niewidomy – mówię do Cienia. - Kojarzę go. I ma laskę.
- Niewidomy? I spacer w lesie wieczorową porą? Dobry jest... - Cień zrobił zdziwioną minę. Mnie także to zaintrygowało.
Zbliżamy się do siebie. Nie bardzo wiemy, jak mamy się zachować. Ale skoro koleś wybrał się na spacer, to chyba wszystko musi być w porządku. Po prostu przejdziemy obok niego.
Jego laska wyprzedza krok o jakiś metr. Dotknęła mojego buta. Ślepiec przystanął zaskoczony i niepewny. My również się zatrzymujemy, choć chcemy iść dalej.
- Dobry wieczór, kto tam? - mówi do nas.
- W porządku, tylko przechodzimy, tak jak pan – odpowiadam spokojnie.
- Aha. No to w porządku... wie pan, pytam na wszelki wypadek...
- Oczywiście – powiedziałem. Ruszyliśmy w stronę miasta. - Miłego spaceru – dodałem, choć już prawie chciałem powiedzieć „do widzenia”.
Minęliśmy go i odeszliśmy na odległość kilku kroków. On dalej stał. W pewnym momencie odwrócił się w naszą stronę i zawołał:
- Hej! Ale czy wy... czy w tamtą stronę jest miasto? Jakieś pół kilometra stąd, tak? - zawołał, wskazując w naszą stronę.
- Tak. Stamtąd pan przyszedł przecież. Chyba - odpowiadam mu.
- Czy.. może jednak... moglibyście mnie tam odprowadzić? Proszę – powiedział nieco ciszej. Dziwny człowiek.
- Jasne. Chodź pan, złap się pan – podszedłem do niego i chwyciłem go za ramię. Wolnym krokiem ruszyliśmy w stronę światła.
Nasza rozmowa z Cieniem została skrępowana poprzez obecność innej osoby. On delikatnie się uśmiecha. Teraz chyba chciałby być już w domu.

16.04.2012

6,7

6

Rozmowa z Tomaszem. Biedny. Wybiera jakiś sposób na życie, a później narzeka. Żyje dosyć współcześnie. Odrzucił religię. Ma kobietę. Lubi seks i zabawę. Bywa egoistą, jak wszyscy. Swojej kobiety nie kocha i często myśli o innych. Dobrze, że jest z nią, bo w przyszłości go przypilnuje.
Spacerujemy po parku. Są teraz ciepłe dni, więc warto się przewietrzyć.
- Wiesz... czuję, że to wszystko jest bez sensu – mówi do mnie.
Nie. Naprawdę? Ale od czegoś trzeba zacząć.
- Czuję, że to jest puste. Nie chce mi się budzić. Nie mam po co. Za kilka dni znowu impreza, ale co z tego. Nawet nie chce mi się tam iść. Pewnie będzie fajnie, ale teraz myślę sobie, że nie będzie z kim gadać. Jakieś takie to wszystko... puste – kontynuuje.
- Przeżyjesz. Wiesz, że zawsze w końcu idziesz, a później mówisz, że było fajnie. Poznajesz ludzi i nagle okazują się być całkiem w porządku. Napijesz się i będzie dobrze – przekonuję go. Dla mnie to idiotyczne, ale wiem, że on potrzebuje tak myśleć. Rzeczywiście tak bywało. Alkohol rozluźnia atmosferę. Gdy ludzie na imprezie wypiją, to w kilka godzin stają się wielkimi przyjaciółmi. Tego trzeba unikać, bo to żałosne. Ale od czegoś trzeba zacząć.
- Widzę, że wszystko się psuje. Nie wiem, czy rozumiesz – mówi do mnie.
Czy rozumiem? A cokolwiek wcześniej działało jakoś specjalnie dobrze?
- Nie bardzo wiem, co masz na myśli. Każdy bierze takie życie, jakie chce, w miarę możliwości. Mogę powiedzieć, że mam zepsute życie, ale to w większości mój wybór. Możesz mówić, że coś się psuje, ale możesz to też naprawić - odpowiadam.
- Nie, właśnie nie. Gdzie jest to wszystko? Te przyjaźnie? Tak poważnie to już chyba tylko z tobą rozmawiam. Gdzie są moi przyjaciele? Każdy ma coś ważniejszego, ciągle. Tak trudno się spotkać, porozmawiać, pośmiać się...
- Czemu tego potrzebujesz? Po co? Oni to wybrali tak jak ty. Twoje życie jest całkiem podobne. Widzisz się z laską, chodzisz na imprezy, uczysz się, trzeba pracować. Oni to wybrali. Wolą się widzieć z kobietą, zapierdalać na swoje i jej życie. Skoro myślą, że tak trzeba i jest im tak dobrze, to niech tak robią. Po co się w to wtrącasz? Podobno chcesz dla nich dobrze.
- Ale jest mi z tym źle. Rozumiem, że trzeba zadbać o życie, ale chyba nie kosztem wszystkiego. Wkurwia mnie to – Tomasz narzeka. Dobrze wiem, o co mu chodzi. Ale staram się o tym nie myśleć. Tak bywa. Odpowiadam:
- Dobrze wiesz, jak jest. Robisz dokładnie tak samo. Mówisz o tym tylko wtedy, gdy w jakiejś chwili opanujesz się i uświadamiasz sobie, że to wcale nie jest dobre i że są ważniejsze rzeczy. Przychodzisz z tym do mnie tylko wtedy, kiedy tobie jest źle. Takie wybraliście życie. Czemu na nie narzekacie? - pytam go retorycznie. Trzeba żyć. Skoro tak chcieli, to niech to teraz wezmą.
- Oni wrócą – mówię dalej. - Może dopiero wtedy, kiedy sami sobie przypomną o tym, że im nie jest dobrze. Wrócą tak jak ty, tylko wtedy, kiedy sami będą tego potrzebować. Może to okropne, ale poczuj się jak koło zapasowe. Oni cały czas mogą mówić, że im zależy, że cię kochają i tak dalej, ale tak naprawdę mają to w dupie. Interesują się teraz tym, żeby wyrwać kolejną dupę, żeby swojej zrobić dobrze. Każdy ma priorytety. Wrócą tak jak ty. Wtedy, kiedy będą tego potrzebować.
Tomasz skwitował to milczeniem.
No cóż. To przykre. Nie można ufać egoistom. Ludzie lgną tak naprawdę do siebie tylko wtedy, gdy się kochają. Wtedy mają radość z tego, że są ze sobą, że rozmawiają, spędzają ze sobą czas. Tu też jest egoizm, bo robią to trochę dla własnej potrzeby, żeby czuć się fajnie. Ale przyjaciół ma się tylko dlatego, bo się ich potrzebuje. To żałosne. Masz przyjaciela, ale on schodzi na drugi plan, kiedy odkrywasz coś ważniejszego. Taka rola. Takie życie.
- Jasne. Oni wszyscy na pewno tak się kochają, tak kochają te swoje laski... - Tomasz mówi w końcu z ironią. - Ty też się nie powinieneś odzywać na ten temat, bo nie mówisz, że kogoś kochasz.
- Cóż. Teraz to czuję. Jak bardzo przy kimś inni mogą zejść z planu. Myślę, że niedługo tego pożałuję, ale teraz jest mi dobrze. To ty nikogo nie kochasz, więc nie zrozumiesz, dlaczego cię zostawili. To ohydne, wiem. Ale zrobiłbym tak samo, jak oni – odpowiadam mu. Sam w to nie wierzę. Ale mówię tak, bo czuję, że teraz z tym jestem zadowolony. - Mnie bardziej zastanawia, po co otaczać się ludźmi, którzy nas zostawiają. Dziwisz się później, że ludzie są mi tak bardzo obojętni. Ale po co mają mnie zawodzić? Po co ja mam ich zawodzić? Lepiej od razu wyłożyć karty na stół, nie łudzić się, pozbawić się wiary...

7

Mamy teraz dziwne czasy. Być może w każdej chwili dziejów ludzkości człowiekowi wydawało się, że żyje w dziwnych i innych czasach. Więc znów jesteśmy w takim momencie. Znowu, w perspektywie przeszłości, żyjemy w czasach bez precedensu.
Była wojna. Mieliśmy Auschwitz. Ludzie strzelali do siebie. Zabijali własnych przyjaciół. Przeżyliśmy wydarzenia idiotyczne, głupie. Miliony istnień poświęciły się, żeby przyszłość zrozumiała, jakie to głupie. Musieli walczyć. Nie mieli życia. Nie mieli wyboru.
Jeden zwykły żołnierz stoi na linii frontu. Szeregowiec. Strzela. Kule mijają również jego. Słyszy czołgi. Wybuchy. Dostrzega nadlatujące samoloty. Ziemia jest szara i jałowa. Wcześniej przechodziły już po niej armie. Żołnierz strzela, choć do końca nie rozumie po co. Strzela do wrogów, choć nawet nie zna ludzi, którzy stoją naprzeciwko niego. Oni z jakiegoś głupiego powodu są jego wrogami.
W szpitalu polowym pracuje ładna pielęgniarka. Młoda blondynka. Na twarzy ma jedną małą bliznę po tym, jak trzy lata wcześniej zgwałcił ją jakiś żołnierz. Teraz pomaga rannym. Pracuje dlatego, bo zmuszał ją do tego jej ojciec, jakaś wojskowa szycha.
Pielęgniarka jest w ciąży. Ósmy miesiąc. Od kilku tygodni oszczędzają ją, nie pracuje już tak ciężko. Teraz leży i próbuje sama urodzić. Dziecko będzie wcześniakiem. Wojennym bohaterem. Jego ojciec jest gdzieś na froncie i strzela do obcych ludzi, zastanawiając się, dlaczego właściwie są oni jego wrogami. Jego pierworodny będzie miał ojca – też bohatera. Ale co z tego. I co to za bohater.
Żołnierz miał przyjaciela. Ale był on teraz w obozie. Właśnie sprzedawał innych za dwie kromki chleba. Jego kolega obiecał mu trochę chleba za pomoc przy prowadzeniu nowych do pieca. Spotkał wśród prowadzonych znajomego księdza, u którego spowiadał się kilka razy przed rokiem, w małej piwniczce, kiedy szukali go wrogowie. Teraz ksiądz był już prawie zniedołężniały. Trudno. Żegnaj.
- Już w nic nie wierzę. Teraz już w nic nie wierzę – powiedział jeszcze szeptem do niego.
Gdzieś tam dalej, w ostrzeliwanym mieście, młody poeta ukrywał się przed wrogami. Nie miał jeszcze lat dwudziestu. Na miasto spadały bomby, po ulicach biegali żołnierze. On nie był bezpieczny. Krył się pod dużym kawałem stropu, który spadł gdzieś na drogę. Na skrawku papieru pisał: „Co z moim pokoleniem? Dlaczego nie przyszło mi żyć normalnie? Dlaczego musimy walczyć z tą zimą? Dlaczego o mojej kochanej muszę myśleć poprzez zło i strzały? Nie dane nam było wybrać. Nasze życie w młodości zostało naznaczone.”
Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Wojna była dawno.
Nie trzeba nam było być na wojnie, żeby przestać wierzyć w cokolwiek. Nie musieliśmy widzieć tragedii, żeby zdradzać tak samo. Nasza wojna to wojna moralności, egoizmu, człowieczeństwa. Słowa utraciły znaczenie. Nie pokonamy sami siebie. Jesteśmy na wojnie.

06.04.2012

4,5

4

Wsłuchujemy się w muzykę. Ona przybiera nieco dziwne znaczenie, kiedy jej słuchaniem trzeba dzielić się z drugim człowiekiem. Zawsze była dla mnie intymnym doświadczeniem. Samotnią. Wiedziałem, że tylko ja słucham muzyki tak, jak ja. Dlatego, że każdy słyszy ją inaczej.
Ekstaza. To jest to, co dźwięk mi gwarantuje. Dlatego lubiłem to intymne doświadczenie. Teraz widzę w oczach brata, że słyszy muzykę tak samo, jak ja. Widzę to w iskierce radości i pasji w jego oczach – i wtedy mógłbym patrzeć w nie bez końca.
On siedzi i uśmiecha się do mnie delikatnie. Dobrze wie, że ja też to rozumiem. Pięknie jest czuć tak, jak czuje drugi, bliski człowiek. Nigdy nie jesteśmy bliżej siebie, jak wtedy, gdy słuchamy razem muzyki.
Myślałem zawsze, że w pełni nie można zrozumieć drugiej osoby. Można próbować wczuć się w jej sytuację, starać się pojąć, w jaki sposób postrzega świat. Ale różnice doświadczeń sprawiają, że to nie jest możliwe. Sam fakt, że dwoje ludzi to dwie autonomiczne jednostki nie pozwala osiągnąć pełnego stanu wzajemnego zrozumienia. To sprawia, że jesteśmy samotni. Do końca nikt nigdy nie będzie zrozumiany. Każdy ciągle jest w nieco innej sytuacji, innej chociażby o jeden milimetr.
Jednak gdy z Cieniem słuchamy muzyki, jesteśmy najbliżej. Nie wiem, czy rozumiemy się w tym momencie w stu procentach. Nie wiem, czy to jest pełna empatia. Pewne jest jednak, że jesteśmy najbliżej tego – nikt nigdy nie był tak blisko takiego celu, jakim jest zrozumienie drugiego człowieka w pełni. Słuchamy muzyki i wiemy, widzimy, słyszymy, czujemy to, czego oboje doświadczamy. To jest coś niesamowitego – wtedy realnie doświadczam tego, że nie jestem sam. To są jedyne sekundy nie-samotności. Jeśli jest ktoś, kto to rozumie tak jak ja, to warto to robić. Seks przy tym jest jak nikłe doświadczenie codzienności przy permanentnym doświadczeniu piękna wiecznego.

5

Miewam sny. Moja modlitwa wieczorna ogranicza się najczęściej do prośby o dobry, pożyteczny i przyjemny sen, w którym znajdę rozwiązania nurtujących mnie właśnie problemów. Nie wiem, czy to nie jest forma jakiejś autosugestii, próba wpłynięcia na podświadomość.
Często sny są piękne. Pokazują ułożone życie, takie o jakim marzę. Czasem pokazują piękne chwile, które nigdy nie będą miały miejsca. Wtedy mi przykro, że nie mogę się tym podzielić.
Sen. Szukam diabła. Dziwne zadanie. Sam nie wiem, czy chcę go zniszczyć, porozmawiać z nim, zawrzeć pakt. Chyba jestem na niego zły. Nie wiem, gdzie go mam szukać i nie zajmuje mnie to. Wchodzę w samych spodniach do łazienki. Światło jest zgaszone, zostawiam drzwi otwarte. Odkręcam kurek przy umywalce i przepłukuję ręce oraz twarz. Jestem czymś bardzo zmęczony. Czuję się dziwnie i potrzebuję odetchnąć. Odwracam się w stronę lustra. Opieram się o szafkę. Widzę swoją twarz i nagi tors. Poprawiam włosy. Patrzę w swoje oczy i widzę swoje odbicie. Zastanawiam się nad sobą. Co też we mnie bywa specyficznego? Nic. Ja nie widzę nic. Odwracam się w stronę wyjścia. Ktoś w nim stoi.
Widzę siebie. W przejściu stoję drugi ja. Również w połowie nagi. Dokładnie taki sam. Jestem przerażony. Chciałem odetchnąć, ale czuję, że znów będę miał jakiś problem.
- Ty! - krzyknąłem do drugiego mnie z pretensją i złością. - Ty!
Zaczął się śmiać. Patrzy na moją bezsilność wobec mnie samego. Jestem poirytowany, chcę się rzucić na niego i udusić go.
On się śmieje. Widzę w jego oczach ironię i pogardę. Widzę ten dziwny uśmiech, którym pokazuje mi swoje zwycięstwo. On jest diabłem. Znalazłem go. Dlatego on się nie boi. Dlatego on wie, że wygrał.
Nie wytrzymuję. Rzucam się na niego. Wyskakujemy z łazienki. On się nie broni. Wie, że zwyciężył. Patrzy na mnie z pogardą i cały czas się uśmiecha.
- Ty ciulu! Ty ciulu! Ty ciulu! - krzyczę.
I budzę się. Z tym samym krzykiem. I znów nie zasypiam spokojnie. I znów jestem tu sam.